Albowiem spośród milionów zdyscyplinowanych osób, które przykładnie pracują/żyją/organizują się dobrze, Fafkulec akurat odstaje. Od normy w sensie. Nie ogarnia czyli.
Się skupia na jakichś tam, że praca, że coś tam.
I nie pisze. Bezczelnie.
Miesiącami.
.
Zapalenie oskrzeli i gorączka dopiero wstawiły Fafkulca na odpowiedni poziom maligny, żeby sobie przypomnieć.
Żałość ogarnęła mnie wręcz potworna. Na skutek uświadomienia sobie rozmiaru zaniedbań.
Stało się więc – kolejna dziedzina, którą mogę dopisać do listy pt. “nie umiem/się nie nadaję”. Och, ojej?
.
Oprócz zakaszliwania się na amen, lubuję się obecnie w dole psychofizycznym dotyczącym przekroczenia dziesięciotysięcznika na liczniku dni. Matko, na samą myśl jestem już zmęczona.
Beztroski delikwent, który mi przekroczenie tej przykrej granicy uświadomił nadaje się do odstrzału. Takiej krzywdy mi w myśleniu narobić! Teraz się muszę zastanawiać, podsumowywać, popadać na przemian w melancholię, zryw naprawczy i rozmemłaną rezygnację.
Próbuję się dostroić.
/A to “białe g.” mogłoby już odpuścić i iść sobie gdzieś na biegun. Ja tu wiosny chcę. Przecież wiosną te wszystkie pączki, zielenie, ćwierkania muszą coś zmienić. Do jasnej cholery! /

ooooo zyyyjeeee!!
wez wzielabys pisala czesciej no!
Owco – się normalnie czuję przywołana do porządku.
(Nie wiem tylko na ile ten porządek będzie skuteczny.)