Pewnego dnia kalendarz powiedział, że jest wiosna.
Fafkulec poruszyła się niespokojnie, przygotowując uśpione mięśnie do wybudzenia się z zimowego snu.
Prawa powieka bardzo powoli uniosła się do połowy, wpuszczając parę kropel szarawej poświaty sączącej się zza zakurzonej zasłony.
Jak stop-klatka. Parę ujęć otoczenia. Gałka oczna zrobiła kilka zgrabnych obrotów.
Chyba można wstać.
Dłonie przypomniały sobie definicję dotyku i zsunęły nieśpiesznie kołdrę.
(Jak zwykle zgubiła gdzieś nocą jedną skarpetkę.)
Coś zaskrzypiało, gdy ciało przybierało pozycję pionową.
Pierwsze nieśmiałe kroki w kierunku okna.
Delikatnie odsunęła zasłony, ale i tak zachłysnęła się chmurą kurzu, która przed nią powstała.
Gdy już opanowała atak kaszlu, spojrzała za okno próbując wyklarować nieco zniekształcony łzami obraz.
Chciała zobaczyć wiosnę i się obudzić.

Błąd.
Przewróciła się więc na drugi boczek i posapując cichutko śni dalej o chłodnym miąższu arbuza kojącym spierzchnięte wargi w upalny dzień.
fafkulcu, wymiatasz
Już możesz się obudzić Fafkulcu. Wiosna przyszła naprawdę
:*
Już nie ma śniegu, wstań:>
Fafkulcu, nie chcę nic pisać, ale się kurna opierdzielasz!!
Już pisać mnie tu!!
nie kituj nawet u mnie wiosna przychodzi w maju