no i co

spała, spała i zaspała

Jasna cholera.

Anemia, maligna, stan zawieszenia.

Dobudzić się po tej zimie nie mogę.

Ani logiczne argumenty (żeby nie ściemniać, bo nawet u Skaf_ się już zwiośniło) ani ostre fale dyscyplinującego krytycyzmu (Owca R.) ani ludzkie komunikaty (Żabol) nie wyrwały mnie z letargu na czas.

Otwieram oczy i…

Kurde!

Kiedy to się wszystkie stało?

Znowu jestem do tyłu.

I tak właśnie jest ze mną Panie Doktorze.

Wieczne coś.

(A z tego zdenerwowania to się nadziałam na wyr i mam klasycznego sińca na kolańsku. Czyli wszystko w normie. Nadal jestem sobą. Brak pieniędzy, związki bez przyszłości oraz idiotyczne sytuacje to moja specjalność. Polecam się.)

aponocyprzychodzidzień

Pewnego dnia kalendarz powiedział, że jest wiosna.

Fafkulec poruszyła się niespokojnie, przygotowując uśpione mięśnie do wybudzenia się z zimowego snu.

Prawa powieka bardzo powoli uniosła się do połowy, wpuszczając parę kropel szarawej poświaty sączącej się zza zakurzonej zasłony.

Jak stop-klatka. Parę ujęć otoczenia. Gałka oczna zrobiła kilka zgrabnych obrotów.

Chyba można wstać.

Dłonie przypomniały sobie definicję dotyku i zsunęły nieśpiesznie kołdrę.

(Jak zwykle zgubiła gdzieś nocą jedną skarpetkę.)

Coś zaskrzypiało, gdy ciało przybierało pozycję pionową.

Pierwsze nieśmiałe kroki w kierunku okna.

Delikatnie odsunęła zasłony, ale i tak zachłysnęła się chmurą kurzu, która przed nią powstała.

Gdy już opanowała atak kaszlu, spojrzała za okno próbując wyklarować nieco zniekształcony łzami obraz.

Chciała zobaczyć wiosnę i się obudzić.

Błąd.

Przewróciła się więc na drugi boczek i posapując cichutko śni dalej o chłodnym miąższu arbuza kojącym spierzchnięte wargi w upalny dzień.

Master Fafkulec

tyle czasu

nerwów

wysiłku

i wszystkiego

dla trzech literek

paranoja

i co ja mam sobie tego magistra na tyłku wytatuować, czy jak?

piwnica w głowie

 

Potrzebuję światła i tlenu.

Dużo i natychmiast.

Może dostanę od Mikołaja? (taaa…. chyba kopa, ewentualnie nową dziurę w zębie.)

Męczy mnie strasznie zawalanie kolejnych spraw. (W końcu robienie z siebie idiotki wymaga niezłego wysiłku.)

Upadłych aniołów ani samobójstw nie będzie.

(Chyba, że można się zajeść owsianymi ciasteczkami na amen.)
W końcu Jaś Fasola też się nigdy nie ciął ani nie wieszał. (?)

mana mana badibidibi

Pogoda ma wahania nastroju. To tak jak ja.

Stres, wiek, hormony, pora roku? Eee. Nie. Taki typ raczej.

I. Nie znoszę, jak ktoś w odruchowo wmawia ciążę, tylko dlatego, że zjadłam więcej niż jednego kiszonego ogórka na raz.

A z okazji rozpoczęcia moich corocznych dolegliwości związanych z syndromem “Panie doktorze, nienawidzę świąt”, słucham tematycznej materii muzycznej.

(Aktualnie najbardziej prześladują mnie “The Happy Elf” w wersji H. Connick’a Jr. i “The Man With The Bag” Diany Krall ;-) )

Mam ostatnio niepokojący objaw. Płacę za coś i jak wyciągam rękę z kasą, to mi się we łbie automatycznie dana suma przelicza na liczbę przeharowanych w pocie czoła godzin. I szlag mnie trafia.

Oprócz babcinego ciasta (w duuużych ilościach i spożywanego koniecznie w symultanie z ukochaną Lukrecjową kuzynką, która ma wtedy diabelskie iskry w oczach) niewiele rzeczy jest mnie w stanie ostatnio wprowadzić w błogostan. A i ta wersja nie pozostaje bez obciążeń… stan żołądka i wyrzuty sumienia nie pozwalają na częste stosowanie tego magicznego leku.

Chyba poszłabym na kina. Najlepiej na jakąś pierdołę.

Syzyfuję wciąż.

herbata ze szczypiorkiem

- To zielone to, takie, co to?- zapytała nieśmiało fafkulec, mierząc wzrokiem nieufnie kubeczek wypełniony aromatycznie dymiącą herbatą.

- … -

Po zsunięciu okularów i potarciu nasady noska wyuczonym ruchem (w celu roztarcia miejsca okularowo odciśniętego), przystąpiła do szczegółowej analizy zielonego zjawiska.

- Szczypiorek.- Zawyrokowała po chwili tonem noszącym znamiona naukowej pewności.

- DLACZEGO w mojej herbacie pływa szczypiorek!? - Ni to się zdziwiła, ni to oburzyła.

- … -

Nikt na to ważkie pytanie nie odpowiedział. (Co jest dość mało zaskakujące, jako że nikogo prócz f. w pomieszczeniu nie było.)

czasu tajemnica chaos chaos chaos!

Nie wiem, nie wiem…

Nic nie wiem.

Czas mija w cholernie nieuchwytny sposób, codziennie na nowo umieram zawałowo patrząc na kalendarz. I każdego ranka kolejna, wrzucona do pękatego worka świadomości myśl. Że nadal nic sensownego. Że nadal chaos. Że takie nic.

Dziesiątki spraw, setki obowiązków, tysiące czynności, miliony myśli.

A jednak w gruncie rzeczy- po prostu nic.

Zimowe buty mi przemakają. Jakim prawem pytam?! I skarpetki się od nich farbują, jak są takie mokre. (Dobrze, że Skaf_ przysłała kolorowe skarpsy. W takiej tęczy nagła plama zrozpaczonej czerwieni nie wydaje się podejrzana.)

Ciągły bieg. Ale zamiast zadyszki, która kiedyś była i jakiejś wewnętrznej radości, że coś się dzieje, że dużo się dzieje, jest ziewanie. Mętne spojrzenie na swoje odbicie w smutnej trolejbusowej szybie. (Nie jestem pewna, czy to szyba była smutna, czy moje odbicie, czy może ja.) Płytkie codzienne uśmiechy. “Tak, u mnie wszystko ok, jak zawsze <cheeeese>” Wcale nie jak zawsze. Ale nikt kto pyta “co u Ciebie”, nie ma tak naprawdę ochoty usłyszeć czegokolwiek co zepsuje mu dzień. Wiem przecież.

Wszystko się oddala.

I choć czasu ciągle brak, to jakby większość z tych spraw była poza mną. Patrzę na siebie, a jakbym była obok. Dziwne wrażenie, jak oglądać film z własnym udziałem w czasie rzeczywistym. Nie zapytam nawet, czy to normalne.

Nawet już wkurzam się inaczej.

Przecież kiedyś “Panie doktorze, wszystko mnie…” było z krwi i kości. Teraz smętne “…yyy…znowu…”.

I ja się nie nadaję do komputra. (A do czegoś w ogóle?…)

Zazdroszczę ludziom, którzy mogą cały dzień siedzieć przy kompie. Ja już po paru godzinach mam oczy jak angora, a łzawią i pieką tak, że więcej czasu muszę poświęcać na ich ciągłe przecieranie, żeby cokolwiek widzieć, niż na faktyczną działalność przez-komputrową jakąś tam wszystko jedno.

Irytuje mnie to. Nie lubię jak mi się obraz przed ślepiami rozmywa. Kurde balans. Jak można mieć taki defekt, żyjąc w XXI wieku, w świecie naszpikowanym zaawansowaną technologią na każdym kroku? Wkurza mnie to organizacyjnie najbardziej, bo tak w ogóle to uczucie, że oczy mi zaraz wypłyną, jest dość interesujące samo w sobie.

Kolekcjonerka wrażeń. A. I nie wiedziałam, że można sie zatruć kiwi. Można. (Nie, nie zeżarłam pasty do butów.)

***

Tak więc:

- Co u ciebie fafkulcu?

- Wszystko w najlepszym porządku do jasnej cholery, wszystko!

się wszystko wzięło i wściekło

Zmowa. Zmowa jak nic.

Się wszystko wzięło i wściekło.

Nie wyrabiam, pierdoły jakieś mi czas zabierają, a przeca mi się tak spieszy!

Magisterka się uparła i nie chce się sama dokończyć, nie mam ja posłuchu u podwładnych, oj nie.

I, motyla noga, wypominają mi tacy różni, że się gównami w życiu zajmuję.

Ażesz.

Zajmuję się czym chcę.

(I tak nie wiadomo jak długo. To znaczy wiadomo. Konkretnie od 1 października jestem bezrobotna, ale cicho. Co to mało marketów nastawiali innastrańcy. Gdzieś na pewno potrzebują takiego murzyna jak ja. Się nie dam. Muszę tylko zamknąć gębę swojej ambicji, co mi trajkocze w dzień i w nocy gdzieś tam w płatach mózgowych, że to, że tamto, że kim ty jesteś w ogóle, że ciebie fafkulec właściwie to nie ma.)

A w ogóle to “wolnoć Tomku do swoje mieszkanie”.

Czy jakoś tak.

I oczywiście się zestarzałam znowu (tortu jak zwykle nie było, są za to zmarchy na czole).

No a teraz jeszcze ta białoruska cola z kartofli, nie mogę.

Świat debilnieje do reszty.

Tryskam optymizmem oczywizda i topię się we własnej radości życia.

Jest bosko.

mamo, zjadłam pełzaczka

-Córeczko, co robisz?

-Jem mięsko.

-Skąd masz?

-Samo przypełzło.

***

Jest XXI wiek, a ludzie jedzą robale.

Krewetki, małże, ośmiorniczki, kalmary, cholera wie co tam jeszcze było.

Mamo, w moim makaronie były pełzaczki.

Zjadłam je.

ueeee

zapamiętać

Alkohol to złooooo.

Wymienię niesprawny żołądek na sprawny błędnik.

Pilne.

« Poprzednie wpisy