Kanały:
Wpisy
Komentarze

dzielić się z innymi


Jestem altruistką.

I w ramach mojej ogólnej wspaniałości mogę się podzielić z każdym.

Oferuję szerokę gamę drobnoustrojów uprzykrzających życie drogą nosową, gardłową, oraz za pośrednictwem wszelkich odgłosów generowanych przez zakłócone funkcjonowanie górnych i dolnych dróg oddechowych.


Klasyka, gdy projekt w robocie w takiej fazie realizacji, że za cholerę nie można sobie pozwolić na pozostanie w domu.


A gorączkę to mam taką, że wydawało mi się, że mam nieodebrane połączenie od Skafandry.

Ale to przecież niemożliwe.


Omamy to groźny objaw.


Panie Doktorze, czy to już początek końca?!


(Nareszcie!)

yyy…

mi oczy.
wypłyną.
nomalnie.

angorka.

tyyyyle filmów przecież trzeba było na 34. fypyfyfy wchłonąć.

kino w takiej intensywności wyniszcza człowieka.

fafkulca też.
starego fafkulca tym bardziej.

Bo przecież bez nerwów się nie da.

Skurcz mnie nerwowy w łydce łapie.

Znowu.

 

Zapiernicza człowiek, jak mały motorek. /Nie wiadomo właściwie do końca po co, bo przecież na mieszkanie i tak nie zapracuje. Na dzieci alimentów nie płaci. Kosztownego hobby nie ma. Żadnego nie ma, bo nie ma czasu./  No ale jakoś tak ma, że popierdziela. Pchany siłą rozpędu, bezmyślnością czy też jakimś tam może głęboko schowanym w łańcuszku DNA genem niewolnictwa.

Trzeba to, trzeba tamto, doba za krótka. Pan mówi “trzeba”, sługus wykonuje.
Się stara.
Mu zależy.

Dużo za dużo.
Wyszło.
Godzin.
W związku z tym.

Bo ostatnio mnóstwo roboty było, to wyszło.

Tabelka.
Ślij.
Wezwana do wyjaśnienia.
Zeznania sługusa płyną wartkim acz beznamiętnym potokiem śliny, po kąciku ust z zajadem.
“Nie. Nie pomyłka. Tu jest dobrze. Nie od 6.00 do 7.00, tylko od 7.00 do 6.00. Tak, 23 godziny. Nie wiem. Tak. Tak…”
I jeszcze parę innych trywializmów.
Że sobota, że niedziela, że święto i jakim prawem było pracować w te dni.
Przecież.

Ale prawo pracy.
Ale kadry.
Ale coś.

Nożesz.

To ja sobie żyły wypruwam, a potem to jeszcze moja wina?!

Kłamać nie umiem.
Niech  sobie sami miesięczne zestawienie godzin fałszują.

“Za ojczyznę” słyszę, a kpina w głosie El Commendante dźga mnie lodowatym bolcem gdzieś z tyłu karku.

Krtanią mi chyba ten bolec wyszedł, bo słowa już powiedzieć nie mogę.

 

 

 

przecież

ja już dawno, intensywnie i wnikliwie przemyślałam wszystkie możliwości. Za, przeciw i wstrzymania się. Konkluzje, inkluzje, inkrustacje, trawestacje, insynuacje, dewastacje, dedukcje i dedykacje.

 

I ponad wszelką wątpliwość nadal twierdzę, że

 

wszyscy…  i tak dalej, jak wiadomo prawda.

 

(No bo skoro takie karaluchy na przykład gwiżdżą na cyklon B, to nie wierzę, żeby spośród tetryliardów robali na Ziemi nie znalazły się takie, co zeżrą wszelkie świństwo, z prochami włącznie. Albo nas wciągną. Przez trąbki. Czy coś tam.O.)

 

 

Swędzi mnie prawe oko, co na pewno potwierdza moją teorię, muszę tylko odczekać chwilę, żeby się dowiedzieć, w jakim aspekcie.

 

I nawet udało mi się przez moment zaimponować Żabie, że mi tak aż napisała fajnie:

gg

Ach.

Się przejmięto na sekundę Fafkulcem.

 

- Widział Pan, Panie Doktorze!? -

.

wszyscyumrzemyizjedząnasrobaki

weź się lecz

Zaczynam nową dietę.

Dietę do zadań specjalnych.

Bo ta codzienna, z przyzwyczajenia jakoś od lat, odruchowo prowadzona, owocowo-warzywna-jogurtowa-zdrowa-zielono-czerwono-biało-herbaciasta, w pewnych aspektach nie ma takiego oddziaływania jakie bywa potrzebne.

Czasem więc trzeba sięgnąć po zdecydowanie większy kaliber.

Dziś idzie mi świetnie.

Śniadanie (pierwsze): jajecznica z dwóch dorodnych kurzych jajek na mleku, dwie kromki razowca z ogórkiem kiszonym, herbacioszek, czarny ma się rozumieć.

Śniadanie (drugie): kromka białasa z dżemem leśnym, kakao-kawa. (Oczywiście bez żadnej wody, bo jeszcze by mi to podstępnie kaloryczność obniżyło! Na samym mleku.)

Śniadanie (trzecie): pół czekolady (ach! kokosowy Magnetic z Bieda-ronki), dwa orzeszki włoskie, szklanka wstrętnej, przesyconej kwasem ortofosforowym coca-coli (mniam!).

Śniadanie (czwarte): kubeł lodów śmietankowych i następna dawka kwasu orto-.

Razem: jakieś milion-pińcet-sto-dziewińcet kalorii.

Cel osiągnięty.

Uśmiecham się bezczelnie.

Chce mi się rzygać albo zaraz się ocielę, jeszcze nie wiem.

Umrę gruba, ale szczęśliwa :)

(Jak się nie będę mieścić do trumny- nie kremować! Porąbać na kawałki i psiska bezdomne nakarmić. Będę mieć jakiś dobry uczynek na koncie przynajmniej.)

Swoją drogą: jak można jeść jedno śniadanie? Przecież od 6 rano do obiadu (jakaś 17?) jest tyyyyle czasu!?

jak workiem kartofli

Zapomniałam przez przypadek, nieuwagę oraz sklerozę, dlaczego ja zawsze pędziłam na ten ranniejszy autobus, skoro tym mniej rannym i tak będę na czas do “podbicia karty na zakładzie”.

I wpadłam na genialny pomysł fundnięcia sobie tych ekstra 15 minut snu rano. (Ależ ja siebie rozpieszczam…)

I jeszcze za cholerę nie mogłam dojść, czemu ja taka durna jestem i od roku jeżdżę wcześniej…?

To sobie przypomniałam.

Bo późniejszy kurs ma od wieków kierowca, który na to miano nie zasługuje.

Tzn. ja wiem, jedni jeżdżą lepiej, inni gorzej. Jedni mają wyczucie, inni nerwa. I na drodze ja to rozumiem. Ale w środku komunikacji publicznej juz nie.

Czy tych ludzi nikt nie sprawdza?

Jak ktoś jest nerwowy to niech może idzie rzodkiewki w pęczki konfekcjonować, a nie ludzi wozić.

Ja pierniczę, roller-coaster wysiada.

Nie wiem czy ktoś kiedykolwiek uświadomił gościowi parę drobiazgów, które umiliłyby życie niemal setce pasażerów co rano :

- że hamulec to nie włącznik światła, tam nie ma jedynie dwóch opcji pt. on/off, tam można kurcze płynnie;

- że nie ma sensu poginać między światłami do prędkości maksymalnej, bo potem hamowanie jest dla pasażerów bardzo nieprzyjemne;

- że odpuszczanie hamulca w ostatnim momencie po to, żeby jednak autobus się własnym ciężarem jeszcze kulnął, a potem wdepnięcie hamulca znowu na full, to bardzo dobry zabieg prowokujący wymioty (zwłaszcza, gdy jest powtarzany na każdych światłach i na każdym przystanku);

- że zamykanie drzwi w połowie pasażera to nie jest najlepszy pomysł;

- że dobrze jest skoordynować wszystkie drzwi w przegubowcu, żeby wszystkie były albo zamknięte, albo otwarte;

- że parokrotne otwieranie i zamykanie drzwi pasażerom przed nosem (opcjonalnie – na) bywa bardzo ogłupiające i pasażer staje słupka nie wiedząc czy może już wsiadać/ wysiadać czy nie;

- że jak pół autobusu drze mu się do ucha “panie! zatrzymaj się pan!” to prawdopodobnie jest ku temu jakaś przyczyna (na przykład to, że starsza pani zdążyła postawić na stopniu swój balkonik, ale sama już nie zdążyła wejść, bo on zamknął i ruszył).

Ja wiem.

Ja się czepiam.

Ale jeżdżę codzienie od lat i nigdy nie miałam do czynienia z tak beznadziejnym kierowcą.

Facet. W słusznym, odpowiedzialnym i zrównoważonym wieku.

A prowadzi jak rozhisteryzowana gimnazjalistka na efedrynie z porażeniem kończyn dolnych. Prawdopodobnie także po lobotomii.

I jemu to się nie zmienia, on tak po prostu ma. Jeden konkretny. A reszta jeździ tak, że się nawet tej jazdy nie zauważa.

A ja po prostu,

nie lubię, jak ktoś mną trzęsie, szarpie, turla i podrzuca. Bo mi się od rana na rzyganie zbiera. I wtedy już nie może być miło.

Czy oni nie przechodzą żadnych testów!?

Poszło w cholerę magiczne 15 minut.

Nigdy więcej!

rokukuniec

Niby Święta, niby coś.

Czas pędzi, pędzi na karku złamanie, jak zawsze.

Poniedziałek, środa, piątek, poniedziałek.

Zegar mnie terroryzuje, kalendarz ze mnie szydzi.

“Jest super, jest super, więc o co Ci chodzi…?”


Bądźcie dziś beztrosko (ale nie bezmyślnie ;-) ) radośni, zabierzcie ze sobą uśmiech w Nowy Rok.

Spokoju ducha życzę – Wam i sobie.

deszcz

pada

szaro, ospale

fuj

 

normalnie atmosfera dżumy i malarii

 

nie pozostaje w takiej sytuacji nic innego, niż pójść na wstrętny, schlorowany, pełen obcyh ludzi z nieznanymi florami skórnymi

basen

i zaplumkać zarodki depresyjne

grupowe kurna julek…

Kwadrans przed urzędniczą godziną zero.

Wpadli.

Cholera jasna.

Symultanicznie.

We wszystkich działach.

 

O 15.45 wzięli i mi zabrali najfantastyczniejsze osoby z pracy.

 

Bo kryzys.

Kurna julek.

 

A Fafkulec, jak ta sierota – została.

I beczy.

 

Szykują się jeszcze bardziej zajebiaszcze święta niż zwykle.

 

Najwyższy czas na bożonarodzeniową deprechę oraz choinkową traumę.

Starsze wpisy »