
Nie wiem, nie wiem…
Nic nie wiem.
Czas mija w cholernie nieuchwytny sposób, codziennie na nowo umieram zawałowo patrząc na kalendarz. I każdego ranka kolejna, wrzucona do pękatego worka świadomości myśl. Że nadal nic sensownego. Że nadal chaos. Że takie nic.
Dziesiątki spraw, setki obowiązków, tysiące czynności, miliony myśli.
A jednak w gruncie rzeczy- po prostu nic.
Zimowe buty mi przemakają. Jakim prawem pytam?! I skarpetki się od nich farbują, jak są takie mokre. (Dobrze, że Skaf_ przysłała kolorowe skarpsy. W takiej tęczy nagła plama zrozpaczonej czerwieni nie wydaje się podejrzana.)
Ciągły bieg. Ale zamiast zadyszki, która kiedyś była i jakiejś wewnętrznej radości, że coś się dzieje, że dużo się dzieje, jest ziewanie. Mętne spojrzenie na swoje odbicie w smutnej trolejbusowej szybie. (Nie jestem pewna, czy to szyba była smutna, czy moje odbicie, czy może ja.) Płytkie codzienne uśmiechy. “Tak, u mnie wszystko ok, jak zawsze <cheeeese>” Wcale nie jak zawsze. Ale nikt kto pyta “co u Ciebie”, nie ma tak naprawdę ochoty usłyszeć czegokolwiek co zepsuje mu dzień. Wiem przecież.
Wszystko się oddala.
I choć czasu ciągle brak, to jakby większość z tych spraw była poza mną. Patrzę na siebie, a jakbym była obok. Dziwne wrażenie, jak oglądać film z własnym udziałem w czasie rzeczywistym. Nie zapytam nawet, czy to normalne.
Nawet już wkurzam się inaczej.
Przecież kiedyś “Panie doktorze, wszystko mnie…” było z krwi i kości. Teraz smętne “…yyy…znowu…”.
I ja się nie nadaję do komputra. (A do czegoś w ogóle?…)
Zazdroszczę ludziom, którzy mogą cały dzień siedzieć przy kompie. Ja już po paru godzinach mam oczy jak angora, a łzawią i pieką tak, że więcej czasu muszę poświęcać na ich ciągłe przecieranie, żeby cokolwiek widzieć, niż na faktyczną działalność przez-komputrową jakąś tam wszystko jedno.
Irytuje mnie to. Nie lubię jak mi się obraz przed ślepiami rozmywa. Kurde balans. Jak można mieć taki defekt, żyjąc w XXI wieku, w świecie naszpikowanym zaawansowaną technologią na każdym kroku? Wkurza mnie to organizacyjnie najbardziej, bo tak w ogóle to uczucie, że oczy mi zaraz wypłyną, jest dość interesujące samo w sobie.
Kolekcjonerka wrażeń. A. I nie wiedziałam, że można sie zatruć kiwi. Można. (Nie, nie zeżarłam pasty do butów.)
***
Tak więc:
- Co u ciebie fafkulcu?
- Wszystko w najlepszym porządku do jasnej cholery, wszystko!