Bo przecież bez nerwów się nie da.
Skurcz mnie nerwowy w łydce łapie.
Znowu.
Zapiernicza człowiek, jak mały motorek. /Nie wiadomo właściwie do końca po co, bo przecież na mieszkanie i tak nie zapracuje. Na dzieci alimentów nie płaci. Kosztownego hobby nie ma. Żadnego nie ma, bo nie ma czasu./ No ale jakoś tak ma, że popierdziela. Pchany siłą rozpędu, bezmyślnością czy też jakimś tam może głęboko schowanym w łańcuszku DNA genem niewolnictwa.
Trzeba to, trzeba tamto, doba za krótka. Pan mówi “trzeba”, sługus wykonuje.
Się stara.
Mu zależy.
Dużo za dużo.
Wyszło.
Godzin.
W związku z tym.
Bo ostatnio mnóstwo roboty było, to wyszło.
Tabelka.
Ślij.
Wezwana do wyjaśnienia.
Zeznania sługusa płyną wartkim acz beznamiętnym potokiem śliny, po kąciku ust z zajadem.
“Nie. Nie pomyłka. Tu jest dobrze. Nie od 6.00 do 7.00, tylko od 7.00 do 6.00. Tak, 23 godziny. Nie wiem. Tak. Tak…”
I jeszcze parę innych trywializmów.
Że sobota, że niedziela, że święto i jakim prawem było pracować w te dni.
Przecież.
Ale prawo pracy.
Ale kadry.
Ale coś.
Nożesz.
To ja sobie żyły wypruwam, a potem to jeszcze moja wina?!
Kłamać nie umiem.
Niech sobie sami miesięczne zestawienie godzin fałszują.
“Za ojczyznę” słyszę, a kpina w głosie El Commendante dźga mnie lodowatym bolcem gdzieś z tyłu karku.
Krtanią mi chyba ten bolec wyszedł, bo słowa już powiedzieć nie mogę.