Zapomniałam przez przypadek, nieuwagę oraz sklerozę, dlaczego ja zawsze pędziłam na ten ranniejszy autobus, skoro tym mniej rannym i tak będę na czas do “podbicia karty na zakładzie”.
I wpadłam na genialny pomysł fundnięcia sobie tych ekstra 15 minut snu rano. (Ależ ja siebie rozpieszczam…)
I jeszcze za cholerę nie mogłam dojść, czemu ja taka durna jestem i od roku jeżdżę wcześniej…?
To sobie przypomniałam.
Bo późniejszy kurs ma od wieków kierowca, który na to miano nie zasługuje.
Tzn. ja wiem, jedni jeżdżą lepiej, inni gorzej. Jedni mają wyczucie, inni nerwa. I na drodze ja to rozumiem. Ale w środku komunikacji publicznej juz nie.
Czy tych ludzi nikt nie sprawdza?
Jak ktoś jest nerwowy to niech może idzie rzodkiewki w pęczki konfekcjonować, a nie ludzi wozić.
Ja pierniczę, roller-coaster wysiada.
Nie wiem czy ktoś kiedykolwiek uświadomił gościowi parę drobiazgów, które umiliłyby życie niemal setce pasażerów co rano :
- że hamulec to nie włącznik światła, tam nie ma jedynie dwóch opcji pt. on/off, tam można kurcze płynnie;
- że nie ma sensu poginać między światłami do prędkości maksymalnej, bo potem hamowanie jest dla pasażerów bardzo nieprzyjemne;
- że odpuszczanie hamulca w ostatnim momencie po to, żeby jednak autobus się własnym ciężarem jeszcze kulnął, a potem wdepnięcie hamulca znowu na full, to bardzo dobry zabieg prowokujący wymioty (zwłaszcza, gdy jest powtarzany na każdych światłach i na każdym przystanku);
- że zamykanie drzwi w połowie pasażera to nie jest najlepszy pomysł;
- że dobrze jest skoordynować wszystkie drzwi w przegubowcu, żeby wszystkie były albo zamknięte, albo otwarte;
- że parokrotne otwieranie i zamykanie drzwi pasażerom przed nosem (opcjonalnie – na) bywa bardzo ogłupiające i pasażer staje słupka nie wiedząc czy może już wsiadać/ wysiadać czy nie;
- że jak pół autobusu drze mu się do ucha “panie! zatrzymaj się pan!” to prawdopodobnie jest ku temu jakaś przyczyna (na przykład to, że starsza pani zdążyła postawić na stopniu swój balkonik, ale sama już nie zdążyła wejść, bo on zamknął i ruszył).
Ja wiem.
Ja się czepiam.
Ale jeżdżę codzienie od lat i nigdy nie miałam do czynienia z tak beznadziejnym kierowcą.
Facet. W słusznym, odpowiedzialnym i zrównoważonym wieku.
A prowadzi jak rozhisteryzowana gimnazjalistka na efedrynie z porażeniem kończyn dolnych. Prawdopodobnie także po lobotomii.
I jemu to się nie zmienia, on tak po prostu ma. Jeden konkretny. A reszta jeździ tak, że się nawet tej jazdy nie zauważa.
A ja po prostu,
nie lubię, jak ktoś mną trzęsie, szarpie, turla i podrzuca. Bo mi się od rana na rzyganie zbiera. I wtedy już nie może być miło.
Czy oni nie przechodzą żadnych testów!?
Poszło w cholerę magiczne 15 minut.
Nigdy więcej!