Kanały:
Wpisy
Komentarze

godzina 11

trzeci papieros

druga kawa

czwarty wkurw

(z czego drugi kluczowy)

.

.

.

skoro i tak wszyscy umrzemy

to ja chce się przestać męczyć już

(a obiecali na paczce Davidoff’ów, że palenie mnie zabije… jak zwykle – chwyt marketingowy bez pokrycia)

.

 jestem tchórzem i mam do tego jasna cholera, konstytucyjne psia mać prawo

.

a depresja jest niemodna

.

na wszelki

Zjadłam brzoskiwnie.

Z puszki.

Przeterminowane od 2 lat.

A bo ja się nie przyglądam opakowaniom.

Notorycznie ignoruję “kluczowe informacje” dookoła mnie.

Znalazłam w szafce, otworzyłam, zjadłam.

A potem mi tak jakoś… No i zaczęłam czytać dopiero jak mi się zaczęło metalicznie odbijać.

Data przydatności do spożycia: sierpień 2008 jak w mordę strzelił.

To jak umrę to proszę mi zadbać, żeby na nagrobku było jasno, że własna ignorancja mnie zabiła.

Dziękuję za uwagę.

jodu

Noworoczna kontrola.

Czy Bałtyk aby podstępnie nie wyparował poprzedniej nocy.

Czy coś.

Bez stresu, świat się jeszcze nie kończy.

Krzywy horyzont to tylko skutek szampana.

I wina trochę może.

Ewentualnie martini.

Jest też szansa, że to dlatego, że fafkulce nie potrafią zrobić prostego zdjęcia :-D

Szczęśliwości w 2010 oczywiście życzę!

:)

tytułem apdejtu

Fafkulec bezczelnie porzucił swoją przestrzeń wirtualną na czas jakiś.

Bo:

- jak zwykle popierdalał po nic od rana do nocy i nie miał sił/czasu/humoru

- był regularnie wygnawany po miastach różnych na tzw. delegacje, na których popierdalał jeszcze bardziej

- fafkulec zdążył w tym czasie zdobyć niepowtarzalne doświadczenia

m.in. w postaci:

*nastawiania barku przez hardkorów z warszawskiego pogotowia

*dowiedzenia się, że bita śmietana w oku w ogóle nie szczypie, natomiast znacząco wpływa na przejrzystość soczewki kontaktowej

* oraz że kolejna kłótnia może się okazać wcale nie kolejną kłótnią, tylko ostatnią kłótnią

*być wyprowadzoną przez ochronę z centrum handlowego – bezcenne 

*fafkulec znowu nie znosi facetów (chwilowo)

*a że fafkulce nie próżnują i działają wielotorowo, to zdążył tez niepostrzeżenie przyjebać na masie równiutkie 11 kilogramów, duma…

Ot i apdejt.

Poza tym jak zwykle.

Panie Doktorze…

dzielić się z innymi


Jestem altruistką.

I w ramach mojej ogólnej wspaniałości mogę się podzielić z każdym.

Oferuję szerokę gamę drobnoustrojów uprzykrzających życie drogą nosową, gardłową, oraz za pośrednictwem wszelkich odgłosów generowanych przez zakłócone funkcjonowanie górnych i dolnych dróg oddechowych.


Klasyka, gdy projekt w robocie w takiej fazie realizacji, że za cholerę nie można sobie pozwolić na pozostanie w domu.


A gorączkę to mam taką, że wydawało mi się, że mam nieodebrane połączenie od Skafandry.

Ale to przecież niemożliwe.


Omamy to groźny objaw.


Panie Doktorze, czy to już początek końca?!


(Nareszcie!)

yyy…

mi oczy.
wypłyną.
nomalnie.

angorka.

tyyyyle filmów przecież trzeba było na 34. fypyfyfy wchłonąć.

kino w takiej intensywności wyniszcza człowieka.

fafkulca też.
starego fafkulca tym bardziej.

Bo przecież bez nerwów się nie da.

Skurcz mnie nerwowy w łydce łapie.

Znowu.

 

Zapiernicza człowiek, jak mały motorek. /Nie wiadomo właściwie do końca po co, bo przecież na mieszkanie i tak nie zapracuje. Na dzieci alimentów nie płaci. Kosztownego hobby nie ma. Żadnego nie ma, bo nie ma czasu./  No ale jakoś tak ma, że popierdziela. Pchany siłą rozpędu, bezmyślnością czy też jakimś tam może głęboko schowanym w łańcuszku DNA genem niewolnictwa.

Trzeba to, trzeba tamto, doba za krótka. Pan mówi “trzeba”, sługus wykonuje.
Się stara.
Mu zależy.

Dużo za dużo.
Wyszło.
Godzin.
W związku z tym.

Bo ostatnio mnóstwo roboty było, to wyszło.

Tabelka.
Ślij.
Wezwana do wyjaśnienia.
Zeznania sługusa płyną wartkim acz beznamiętnym potokiem śliny, po kąciku ust z zajadem.
“Nie. Nie pomyłka. Tu jest dobrze. Nie od 6.00 do 7.00, tylko od 7.00 do 6.00. Tak, 23 godziny. Nie wiem. Tak. Tak…”
I jeszcze parę innych trywializmów.
Że sobota, że niedziela, że święto i jakim prawem było pracować w te dni.
Przecież.

Ale prawo pracy.
Ale kadry.
Ale coś.

Nożesz.

To ja sobie żyły wypruwam, a potem to jeszcze moja wina?!

Kłamać nie umiem.
Niech  sobie sami miesięczne zestawienie godzin fałszują.

“Za ojczyznę” słyszę, a kpina w głosie El Commendante dźga mnie lodowatym bolcem gdzieś z tyłu karku.

Krtanią mi chyba ten bolec wyszedł, bo słowa już powiedzieć nie mogę.

 

 

 

przecież

ja już dawno, intensywnie i wnikliwie przemyślałam wszystkie możliwości. Za, przeciw i wstrzymania się. Konkluzje, inkluzje, inkrustacje, trawestacje, insynuacje, dewastacje, dedukcje i dedykacje.

 

I ponad wszelką wątpliwość nadal twierdzę, że

 

wszyscy…  i tak dalej, jak wiadomo prawda.

 

(No bo skoro takie karaluchy na przykład gwiżdżą na cyklon B, to nie wierzę, żeby spośród tetryliardów robali na Ziemi nie znalazły się takie, co zeżrą wszelkie świństwo, z prochami włącznie. Albo nas wciągną. Przez trąbki. Czy coś tam.O.)

 

 

Swędzi mnie prawe oko, co na pewno potwierdza moją teorię, muszę tylko odczekać chwilę, żeby się dowiedzieć, w jakim aspekcie.

 

I nawet udało mi się przez moment zaimponować Żabie, że mi tak aż napisała fajnie:

gg

Ach.

Się przejmięto na sekundę Fafkulcem.

 

- Widział Pan, Panie Doktorze!? -

.

wszyscyumrzemyizjedząnasrobaki

weź się lecz

Zaczynam nową dietę.

Dietę do zadań specjalnych.

Bo ta codzienna, z przyzwyczajenia jakoś od lat, odruchowo prowadzona, owocowo-warzywna-jogurtowa-zdrowa-zielono-czerwono-biało-herbaciasta, w pewnych aspektach nie ma takiego oddziaływania jakie bywa potrzebne.

Czasem więc trzeba sięgnąć po zdecydowanie większy kaliber.

Dziś idzie mi świetnie.

Śniadanie (pierwsze): jajecznica z dwóch dorodnych kurzych jajek na mleku, dwie kromki razowca z ogórkiem kiszonym, herbacioszek, czarny ma się rozumieć.

Śniadanie (drugie): kromka białasa z dżemem leśnym, kakao-kawa. (Oczywiście bez żadnej wody, bo jeszcze by mi to podstępnie kaloryczność obniżyło! Na samym mleku.)

Śniadanie (trzecie): pół czekolady (ach! kokosowy Magnetic z Bieda-ronki), dwa orzeszki włoskie, szklanka wstrętnej, przesyconej kwasem ortofosforowym coca-coli (mniam!).

Śniadanie (czwarte): kubeł lodów śmietankowych i następna dawka kwasu orto-.

Razem: jakieś milion-pińcet-sto-dziewińcet kalorii.

Cel osiągnięty.

Uśmiecham się bezczelnie.

Chce mi się rzygać albo zaraz się ocielę, jeszcze nie wiem.

Umrę gruba, ale szczęśliwa :)

(Jak się nie będę mieścić do trumny- nie kremować! Porąbać na kawałki i psiska bezdomne nakarmić. Będę mieć jakiś dobry uczynek na koncie przynajmniej.)

Swoją drogą: jak można jeść jedno śniadanie? Przecież od 6 rano do obiadu (jakaś 17?) jest tyyyyle czasu!?

Starsze wpisy »